Świadectwo Syna  
     

 

Miałem wspaniałego Ojca…

Trudno jest mi jednak pisać o Ojcu, którego straciłem nie mając jeszcze trzech lat. Cała moja wiedza o Nim pochodzi ze wspomnień mojej Mamy oraz najbliższej rodziny i znajomych. Niemniej ten wizerunek mojego Ojca, powstały w mej pamięci, towarzyszy mi przez całe moje życie.

Mama wspominała, że Ojciec mój kochał mnie tak bardzo, iż rozstając się z nami w obliczu wojny, nie miał dość siły, by mógł się ze mną pożegnać. Żegnając się zaś z Mamą powiedział: „Janusiu najdroższa, wybacz! Ojczyzna jest pierwsza. Dopiero po niej jest Rodzina”.

Gdy przeminęło piekło wojny, w której straciliśmy wszystko, a ja już byłem na tyle duży, ażeby zrozumieć, co się stało, i co straciliśmy – Mama często uciekała się do wspomnień i kreśliła mi wizerunek osobowości mojego Ojca. Uwydatniła Jego głęboką religijność i żarliwy patriotyzm. Te dwie główne cechy formowały Jego charakter i życie, i kształtowały całą Jego działalność.

Mama często opowiadała mi o wypadku lotniczym mojego Ojca. Przedstawiła mi ten wypadek jako najważniejszy moment w ich życiu. Uratowanie się Ojca od śmierci Mama określała jako cud. Kiedy Ojciec po tym wypadku dotarł do domu i opowiedział Mamie, jak uniknął śmierci – na słowa Ojca odpowiedziała: „Żyjesz, bo przecież się bardzo o Ciebie modliłam, żebyś wrócił cały i zdrów”. A stało się to o dziewiątej wieczorem. Odtąd godzina dziewiąta wieczorem była dla Ojca, a potem również dla całego Zakonu Krzyża i Miecza – godzina, w której każdy żołnierz Zakonu w modlitwie łączył się z Chrystusem.

O patriotyzmie Ojca niech zaświadczy taki fakt: Wiosną 1939 r., gdy już powszechnie mówiono o bliskiej wojnie, Mama w rozmowie z Ojcem wyraziła chęć wycofania z banku ich oszczędności i zakupienia za nie złota lub kosztowności, które stanowiłyby zabezpieczenie na nadchodzące ciężkie dni. Ojciec mój, jak wspominała Mama, wtedy się żachnął: „Janusiu, jak możesz to mówić! Przecież nasza Polska na zbrojenia potrzebuje pieniędzy. Nie wolno nam ich teraz podjąć”.

Taki był mój Ojciec, bez reszty oddany Ojczyźnie, ufający bezgranicznie Bogu, z którego czerpał Wiarę, Miłość i Nadzieję, codziennie przyjmujący Chrystusa w Komunii świętej.

W powojennym życiu jakże nam go brakowało!

Mama moja żyła myślą o Nim, przekazując mi wiedzę o Jego niezwykłej osobowości, wpajając mi obraz wspaniałego Ojca, prawego Człowieka o sercu wielkim i czułym, szlachetnego Patrioty o niezwykłej skromności. Owa serdeczna pamięć Mamy o Nim pozostawiła we mnie ślady nie do zatarcia. Tę serdeczną myśl o moim Ojcu starałem się przekazać mojej córce. Jest teraz pełna szlachetnej dumy ze swojego wspaniałego Dziadka. I stawia Go sobie za niedościgniony wzór do naśladowania.

Gdy Ojca zabrakło, Mama moja nie umiała się odnaleźć w pustce powstałej po Jego śmierci i nie potrafiła ułożyć sobie życia bez Niego. Przypłaciła to chorobami i przedwczesną śmiercią w wieku 59 lat. Odeszła z niezachwianym przekonaniem, że spotka się z Ojcem w domu Przedwiecznego.

Nie znam do końca okoliczności śmierci mego Ojca. Wiem jedynie to, że brał udział w obronie oblężonej Warszawy. W dniu 16 września 1939 r. wystartował na samolocie łącznikowym typu chyba RWD-8 (może R-XIII?) z lotniska mokotowskiego do swego ostatniego łącznościowego lotu i z tego lotu już nie powrócił. Z racji swojej działalności Ojciec mój na pewno wraz z innymi wybitnymi Polakami znajdował się na liście proskrypcyjnej. Świadczyć o tym zdaje się fakt, że Niemcy po wkroczeniu do Warszawy natychmiast zjawili się w mieszkaniu moich Rodziców przy ulicy Łowickiej, zabierając wszystkie osobiste rzeczy mego Ojca. Ojciec przewidział, że możemy stać się ofiarami Niemców, gdyż z oblężonej stolicy wywiózł nas do Żelechowa. I tylko na Ojcu spełniło się motto Jego życia: „Miłość żąda ofiary”. Pan przyjął ofiarę i czekał u Siebie na Ojca z otwartymi ramionami.

Władysław Gerard Polesiński